Kilka dni temu dobry kolega namówił
mnie, abym wybrała się z nim oraz jego znajomymi na koncert. W
Firleju miały zagrać wtedy 3 zespoły, nas interesował głównie
ostatni – polska formacja, istniejąca od ponad 5 lat, lecz nie w
świecie showbiznesu, gdyż nie ma w nim miejsca na muzykę
artystyczną. A tak najkrócej można określić to, co grają panowie
z Tides from Nebula.
Aby przekonać mnie, ze warto ich
usłyszeć, kolega o przezwisku Rysiek przesłał mi ten oto kawałek.
Przyznam szczerze, że zaintrygowało
mnie to. Nie dość, ze muzyka niebanalna to jeszcze okładka płyty
świetna. Do tego brak jakiegokolwiek wokalu, tylko gitary z efektami
i mocna perkusja. Kompletnie nienowoczesne, post-rockowe granie,
słuchając którego można odpłynąć. Ale jak wiadomo, studio to
jedno, live to drugie. A że bilet kosztował 35zł (przypominam, ze
za 3 kapele), przestałam się zastanawiać, czy dobrze robię.
Zanim TfN weszli na scenę, publiczność
rozgrzewały zespoły Besides i Obscure Sphinx. Pierwszy zupełnie
pominęliśmy, gdyż nas nie interesował. Drugiemu postanowiliśmy
dać szansę, ale po trzecim kawałku stwierdziliśmy, że piwo będzie
lepszym pomysłem. Nie przepadam za zespołami, które nagrywają
wszystko w jednej tonacji i tymi samymi akordami, i choćby
majstrowali przy tempie i metrum niczym wirtuozi, wtórność
melodyjna zawsze mnie odrzuca. Tego samego obawiałam się, gdy TfN
rozpoczęli koncert. I częściowo miałam rację...
Cztery kawałki zwykle wystarczą mi do
oceny, czy chcę dalej uczestniczyć w koncercie. Tym razem nie było
to takie proste, nie tylko ze względu na to, ze moi koledzy wpadli w
dziką radość po pierwszych dźwiękach. Przede wszystkim po raz
pierwszy w życiu widziałam występ, w trakcie którego publiczność
uciszała się nawzajem w trakcie popisów gitarowych (choć to może
za duże słowa). Tides from Nebula trzeba słuchać uważnie, nie jest
to muzyka, którą można później zanucić i śpiewać w stanie
upojenia alkoholowego. Panowie wiedzieli co zrobić ze swoimi
instrumentami, i to do tego stopnia, że potrafili stworzyć naprawdę
magiczną, mistyczną atmosferę. Pomagały w tym bardzo przyjemne
efekty świetlne (TfN nie pierwszy raz grali w Firleju, więc
doskonale wiedzą, w jaki sposób wykorzystać klubowy sprzęt).
Szczerze żałowałam, że pchałam się pod scenę zamiast usiąść
w spokojnym miejscu i rozkoszować się dźwiękami. Przy okazji nie
musiałabym psuć sobie nastroju widokiem zestawu efektów
dźwiękowych, których zespół używa „na bogato”.
I niestety po czwartym lub piątym
kawałku przestałam odróżniać utwory, które słyszałam.
Większość brzmiała bardzo podobnie i to głównie ze względu na
identyczną tonację. Tylko przesłany przez Ryśka kawałek nieco
odstawał od reszty, przez co ucieszyłam się, gdy tylko go
usłyszałam.
Jest to minus utworów TfN, co nie
oznacza, ze żałuję wydanych pieniędzy. Przeciwnie, jeśli jeszcze
zawitają we Wrocławiu, bardzo chętnie znów się na nich wybiorę,
z prostej przyczyny – jeżeli na naszym rodzimym rynku istnieje
grupa, która gra w sposób dojrzały, niekomercyjny i absolutnie
niekiczowaty, a wręcz wyrafinowany, to należy ją wspierać i
zachęcać do dalszych muzycznych poszukiwań. Bowiem czego jak
czego, ale potencjału Tides from Nebula nie brakuje.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz