środa, 2 kwietnia 2014

Tides from Nebula w Firleju

Kilka dni temu dobry kolega namówił mnie, abym wybrała się z nim oraz jego znajomymi na koncert. W Firleju miały zagrać wtedy 3 zespoły, nas interesował głównie ostatni – polska formacja, istniejąca od ponad 5 lat, lecz nie w świecie showbiznesu, gdyż nie ma w nim miejsca na muzykę artystyczną. A tak najkrócej można określić to, co grają panowie z Tides from Nebula.

Aby przekonać mnie, ze warto ich usłyszeć, kolega o przezwisku Rysiek przesłał mi ten oto kawałek.



Przyznam szczerze, że zaintrygowało mnie to. Nie dość, ze muzyka niebanalna to jeszcze okładka płyty świetna. Do tego brak jakiegokolwiek wokalu, tylko gitary z efektami i mocna perkusja. Kompletnie nienowoczesne, post-rockowe granie, słuchając którego można odpłynąć. Ale jak wiadomo, studio to jedno, live to drugie. A że bilet kosztował 35zł (przypominam, ze za 3 kapele), przestałam się zastanawiać, czy dobrze robię.

Zanim TfN weszli na scenę, publiczność rozgrzewały zespoły Besides i Obscure Sphinx. Pierwszy zupełnie pominęliśmy, gdyż nas nie interesował. Drugiemu postanowiliśmy dać szansę, ale po trzecim kawałku stwierdziliśmy, że piwo będzie lepszym pomysłem. Nie przepadam za zespołami, które nagrywają wszystko w jednej tonacji i tymi samymi akordami, i choćby majstrowali przy tempie i metrum niczym wirtuozi, wtórność melodyjna zawsze mnie odrzuca. Tego samego obawiałam się, gdy TfN rozpoczęli koncert. I częściowo miałam rację...

Cztery kawałki zwykle wystarczą mi do oceny, czy chcę dalej uczestniczyć w koncercie. Tym razem nie było to takie proste, nie tylko ze względu na to, ze moi koledzy wpadli w dziką radość po pierwszych dźwiękach. Przede wszystkim po raz pierwszy w życiu widziałam występ, w trakcie którego publiczność uciszała się nawzajem w trakcie popisów gitarowych (choć to może za duże słowa). Tides from Nebula trzeba słuchać uważnie, nie jest to muzyka, którą można później zanucić i śpiewać w stanie upojenia alkoholowego. Panowie wiedzieli co zrobić ze swoimi instrumentami, i to do tego stopnia, że potrafili stworzyć naprawdę magiczną, mistyczną atmosferę. Pomagały w tym bardzo przyjemne efekty świetlne (TfN nie pierwszy raz grali w Firleju, więc doskonale wiedzą, w jaki sposób wykorzystać klubowy sprzęt). Szczerze żałowałam, że pchałam się pod scenę zamiast usiąść w spokojnym miejscu i rozkoszować się dźwiękami. Przy okazji nie musiałabym psuć sobie nastroju widokiem zestawu efektów dźwiękowych, których zespół używa „na bogato”.

I niestety po czwartym lub piątym kawałku przestałam odróżniać utwory, które słyszałam. Większość brzmiała bardzo podobnie i to głównie ze względu na identyczną tonację. Tylko przesłany przez Ryśka kawałek nieco odstawał od reszty, przez co ucieszyłam się, gdy tylko go usłyszałam.

Jest to minus utworów TfN, co nie oznacza, ze żałuję wydanych pieniędzy. Przeciwnie, jeśli jeszcze zawitają we Wrocławiu, bardzo chętnie znów się na nich wybiorę, z prostej przyczyny – jeżeli na naszym rodzimym rynku istnieje grupa, która gra w sposób dojrzały, niekomercyjny i absolutnie niekiczowaty, a wręcz wyrafinowany, to należy ją wspierać i zachęcać do dalszych muzycznych poszukiwań. Bowiem czego jak czego, ale potencjału Tides from Nebula nie brakuje.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz