Dzisiaj będzie trochę „nerdowo” -
bowiem napiszę troszkę o mojej ukochanej od dwóch lat grze
komputerowej oraz o tym, jakiego małego psikusa wywinęli jej twórcy
z okazji prima aprilis. Mowa tu o Path Of Exile, cudownym dziecku
studia Grinding Gear Games z Nowej Zelandii, którego to PoE jest
pierwszym dziełem – całkowicie darmowym dla wszystkich i
niezwykle elektryzującym dla fanów Diablo II (bowiem fani Diablo
III szczerze jej nie cierpią, może dlatego że jest dla nich za
trudna).
Jeśli chodzi o samą grę, to nie ma
sensu się rozpisywać za dużo – mamy tu tradycyjny hack'n'slash,
czyli zabijamy wszystko co się rusza, bo wszystko w świecie PoE
chce nas zabić (nic dziwnego, skoro sami zabijamy na potęgę). Gra
polega głównie na rozwijaniu jednej z sześciu postaci, które mamy
do wyboru; za pomocą rożnych przedmiotów, kryształów oraz umiejętności pasywnych. „Galaktyka passivów” była jednym z
czynników, które spowodowały popularność PoE – w świecie gier
komputerowych nie było jeszcze tak wielu możliwych dróg rozwoju
postaci. Nie jest to oczywiście proste i wymaga trochę
eksperymentów, jak zresztą i sama rozgrywka. Z pewnością nie jest
to fan service, nastawiony na to, żeby gracz odnosił zwycięstwo.
Umieranie i powrót do „miasta” to nieodłączna część PoE
Innym czynnikiem, który spowodował
popularność tej gry była filozofia negujaca system „pay for
win”, jaka niestety rozwinęła się mocno w grach spod szyldu
Blizzarda (Diablo, War of Warcraft). Najprościej opisując – im
więcej masz kasy, tym silniejszą masz postać, gdyż stać cię na
lepszą broń, zbroje i inne rzeczy, które można kupić w
wewnętrznym auction housie. Tym samym płacisz za zwycięstwo.
Grinding Gear Games zupełnie się od tego odcięło. Auction House w
PoE nie istnieje, w ogóle nie ma tam czegoś takiego jak pieniądze
(handel działa na zasadzie wymiany) i jak już wspomniałam – gra
od początku jest darmowa. Oczywiście, twórcy oferują graczom
różne rzeczy do kupienia, np. zwierzątka, które mogą towarzyszyć postaci w wędrówce, czy też jakiś efekt specjalny
na supersilne zaklęcie. Za duże pieniądze proponują możliwość
zaprojektowania autorskiego przedmiotu lub potwora, o którego
wzbogacą grę. Są to jednak zabiegi czysto kosmetyczne i nie mają
one wpływu na siłę postaci w PoE. A i tak, o dziwo, sprzedają się
one rewelacyjnie/ Ludzie chętnie wspierają w ten sposób studio
GGG, gdyż widzą, że prężnie rozwijają swoją grę i staje się
ona coraz lepsza.
Może teraz zrozumiecie moje zdumienie
gdy pierwszego kwietnia na facebooku ujrzałam taki oto nagłówek:
„Path Of Exile is now Pay For Win game”...
No tak, prima aprilis pomyślałam.
Ciekawe jak chcą rozegrać ten żart...
Okazało się, ze „po konsultacjach z
developerami, graczami i naradami wewnątrz studia” twórcy uznali,
że graczy trzeba bardziej chwalić i dowartościowywać za to, ze
odnoszą zwycięstwa (o matko...). Dlatego postanowili wprowadzić
opcję Pay For Win. Jak to wygląda w PoE?
Ano tak, że TYLKO PIERWSZEGO KWIETNIA
gracze mają mozliwość zakupu 10 fajerwerków (nie prawdziwych
oczywiście), które mogą odpalić w trakcie gry, gdy kogoś/coś
pokonają. Nie dość, ze po zwycięstwie otaczać ich będzie pokaz
sztucznych ogni, to jeszcze wszyscy znajomi i gildia, dowiedzą się
o jego wygranej...
Życzę wszystkim udanego prima aprilis
:)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz